„Dom jest tam gdzie zaczyna się Twoja historia”
Taki prosty napis zobaczyłem na ścianie rodzinnego domu Panny Młodej. Tą sentencją zacznę też opowieść o weselu Pauliny i Artura.
Przygotowania.
Na pytanie żony gdzie jadę tym razem, odpowiadam krótko.Do Lasu..Oczywiście od razu słyszę ripostę typu „bardzo śmieszne”
Mówię prawdę, a i tak nie wierzy 🙂 Faktycznie jechałem do Lasu, czy też dokładniej do miejscowości Las.
Docieram bez problemu.Drogowskaz jak to w zwyczaju na wsi, widoczny z daleka, balony.Wiem że trafiłem na miejsce.
Zaczyna się spokojnie, ale im bliżej błogosławieństwa tym większa nerwowość. Dużo się dzieje. Dom pełen ludzi.
Kręcę się nieśpiesznie z gotowym do strzału aparatem. Nuż siostra Pauliny wyjmie ze stanika agrafkę by spiąć podwiązkę lub przyszła Teściowa wychyli się zza szarfy z ciekawości czy to już…już to błogosławieństwo.



Ślub ma być na Jasnej Górce….hym na pytanie gdzie to jest Artur odpowiada ze śmiechem na jasnej górce…
Jeszcze przed wyjazdem sprawdzam mapę, faktycznie jest.
Dopiero będąc na miejscu orientuje się skąd nazwa tego miejsca.Jak by to szybko określić, wysoki kościół na wysokiej górce, w moich ukochanych Beskidach. Piękne miejsce.
Mimo iż kościół spory gości niewiele. Większość z Was już zaczyna się domyślać dlaczego…



Wesele…ech wesele. Aby nie było zbyt cukierkowo, garść goryczy.
Wesele Paulina i Artur planowali na 1 maja 2020r. i niestety wybuchła zaraza. Jako że w tym terminie były zakazy, zdecydowali się przenieść uroczystość na wrzesień.
Nie mniej Virus i tak pokrzyżował im plany. Na wesele przybyło niecałych 40 gości z 90-ciu. Możecie więc zrozumieć nerwowość a jednocześnie zawiedzenie Pauliny. Zdawało by się że to bardziej przyjęcie, spotkanie..
Zazwyczaj na takich weselach mało się dzieje. Parkiet jest pusty…a pstrykać te same fotki gości przy stolikach….któż z Was chciałby dostać taki reportaż… Takie wesela robi się naprawdę trudno.
Przygotowany na wszystko, z bojowym zapałem, wkroczyłem na salę i tu właściwie mógłbym przestać pisać.
To co się działo potem było czymś niesamowitym. Tych kilkudziesięciu gości stworzyło tak niesamowitą atmosferę, bawiło się tak świetnie jak gdyby było ich trzy, cztery razy więcej.
Czasami nie liczy się ilość ale jakość można by powiedzieć.
Ogromny wkład wnieśli oczywiście Dj-e. Zagrać i zabawić gości na tak trudnym weselu by nie wiało nudą.Tutaj jestem pełen uznania. Chłopaki stanęli na wysokości zadania. Należy im się szóstka z plusem 🙂
Muszę też wspomnieć Marcina, menegera sali Uczta w Beskidach.To on obsługiwał maszynę do ciężkiego dymu i muszę przyznać dał czadu.Dzięki temu Paulina i Artur mogli zatańczyć swój pierwszy taniec w prawdziwych chmurach…



Miejsce na plener P&A wybrali sami.Jak się okazało mieszkają nie daleko.
Leńcze, mała, urokliwa miejscowość, z zabytkowym spichlerzem ukrytym między drzewami.
Adres wklepany w nawigację, ale w roku zarazy, wszystko szło jak po grudzie.
Na pogodę czekaliśmy chyba ze trzy tygodnie. Trafiliśmy w środku tygodnia. Okno pogodowe. Dosłownie.
To ten typ jesiennego dnia, kiedy ciepło jest aż do późnych godzin w nocy.
Słońce tak naprawdę nie bardzo chce się kłaść spać, a kiedy z nieba zrzuci je księżyc można siąść i cieszyć się chwilą, co też uczyniłem po skończonej sesji.